Prędzej czy później ten temat sam wypłynąłby na wierzch, więc stwierdziłam, że równie dobrze sama mogę go założyć. :'D
Saga o HP jest znana z wielu dobrych rzeczy i równie wielu złych, opinie recenzentów od zawsze były różnorakie, niektórzy spisują tę książkę na straty już po pierwszym rozdziale, a niektórzy szaleją na jej punkcie przez kilka lat.
Ja ani nie szaleję, ani nie potępiam, aczkolwiek lubię. Naprawdę lubię. Cokolwiek by o HP nie mówili, dla mnie Rowling jest już klasykiem. Może nie ma stylu jak Sienkiewicz, ale pisze tak przystępnie i miękko, że nic, tylko czytać. W dodatku, mimo częściowej przewidywalności, fabuła jest cud, miód i orzeszki. O dziwo powtarzalność w pierwszych tomach bynajmniej mnie nie odrzucała, to ostatni był trochę... ble. Wolałam Hogwart, a nie jakieś mroczne organizacje antyrządowe. .n.
Co do kontrowersji, to 90% z nich uważam za totalne bzdury, niezależnie czy chodzi o wąty ze strony Kościoła, czy o spekulacje na temat aktorów z wersji kinowych w tabloidach. O ile to pierwsze to po prostu efekt nadmiernej wrażliwości ze strony pewnej grupy ludzi i potrafię to zrozumieć, to plot z kolorowych pisemek po prostu nie znoszę. No, ale trzeba jakoś z tym żyć, zwłaszcza, że Potter jest wręcz niesamowicie, groteskowo popularny.
Swoją drogą - Snape jest mój.
Znaleziono 25 wyników
Harry Potter - Wto Maj 19, 2009 9:15 pm
Północ [CDN] - Wto Maj 19, 2009 9:01 pm
Pffha, też takich opisów nie cierpię, ale co ja poradzę, że tam czy siam jeden taki mi się zaplącze. To wrodzona grafomania, ot co.
Szablonowość we wszystkim, co tasiemcowe i internetowe istnieje od dawna i chyba trudno ją zwalczać, w końcu ta zaraza rozprzestrzeniła się nawet na literaturę "profesjonalną". Aczkolwiek trzeba się starać. 8D
Draft to bodajże szkic.
Enchanté mesdames et monsieurs - Wto Maj 19, 2009 8:58 pm
Pytanko związane po części z nazwą tematu - skoro nie mówisz, ani nie czytasz po francusku, to oglądałaś może Gankutsuou? (Wiem, wiem, głupia jestem, pierwszą rzeczą, z którą kojarzy mi się zapewne dość popularny zwrot jest takie zaściankowe anime...)
Swoją drogą, miło mi poznać drugą Ślizgonkę (chociaż do niedawna nosiłam się w barwach Ravenclawu, ale cóż, kobieta zmienną jest).
Lubię Cię za to, że lubisz się kłócić, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało.
Tak, tak, precz z fabułą! A co będzie dalej, to jeszcze się zastanowimy...
Północ [CDN] - Wto Maj 19, 2009 7:20 pm
Zalcuś, mnie nie przestraszysz. P:
Seweryn w sumie nie jest do lubienia (choć nie ukrywam, że mi miło, kiedy ktoś lubi wytwory mojej wyobraźni), on raczej ma sprawdzić się w swojej roli i koniec.
Ano, nie wiedziałam jak skończyć, bo ja nie umiem kończyć. Aczkolwiek postaram się, żeby w przyszłości wyglądało to nieco lepiej.
Co do "wciągania" - sama się nad tym zastanawiam, ale mam nadzieję, że będzie git.
maruku, dziękuję, mnie określenie "staranny" nie razi, sama czuję, że mogłoby być lepiej, ale dopiero co wyzbyłam się kwiecistości (a przynajmniej tej nadmiernej), pewnie muszę poczekać, aż reszta też się poprawi.
...A-ale Seweryn ma brązowe oczyska, a Marcel granatowe! D:
Sądzę, że większość osób (w tym i ja) uznaje zielone oczy za intrygujące, bo kojarzą się z kotami. I to jest takie mhrokness of gothicness of darkness.
Hmm, sądzę, że przedstawianie wyidealizowanego świata jest dość charakterystyczne dla literatury, zwłaszcza tej "młodzieżowej".
Imiona też mi się podobają. *U*
Ogłoszenia - Nie Maj 17, 2009 12:49 am
...zwane też emowaniem administratorki.
Otóż, moim drodzy, okazało się, że forumotion nie jest takim cudnym serwisem, jak mi się zdawało. Owszem, oferuje nam mega-super-w-kosmos możliwości formatowania tekstu, ale też ogranicza ilość wstawianego na raz tekstu do 16 000 znaków. Limit idiotyczny, ale nie da się go obejść. Podobno coś się robi w tej sprawie (tak przynajmniej mówili mi ludzie z supportu technicznego), aczkolwiek sporo jeszcze to potrwa. Nie możemy tracić nadziei.
Proszę Was, nie bójcie się dodawać opowiadań w dwóch postach (o ile tyle one zajmują), a ja w międzyczasie spróbuję jakoś rozwiązać ten problem. D:
Moja wina, moja wina, moja wina...
Północ [CDN] - Nie Maj 17, 2009 12:37 am
Po lekcjach wpadłam do domu, zjadłam obiad, cmoknęłam ojca w policzek i popędziłam na miasto. Nie lubiłam wieczorami siedzieć w domu. W dodatku, tamtego dnia roznosił mnie nadmiar energii.
Ha, jutro poćwiczę sobie ekstrawertyzm, asertywność i w ogóle. Oby tylko kawiarnia była otwarta, bez kawy nie umiem rozmawiać, myślałam, mijając na rowerze domy sąsiadów i zmierzając w stronę „centrum”, najstarszej i zdecydowanie najciekawszej części miasteczka.
Starówka w Nigdzie była jednym z tych urokliwych miejsc, których nie odwiedzali turyści. Kolorowa, pełna starych kamienic i przytulnych kawiarenek, ale jakby wyłączona z biegu historii. Nie było tutaj żadnych pomników, czy tablic upamiętniających dawne zdarzenia. Największą atrakcją była fontanna na rynku, a najlepszą „restauracją” stareńka Lalka ze swoimi pączkami, których zapach czuć było w każdym zaułku. Nie sposób było nie wspomnieć też o kataryniarzu i stoisku z watą cukrową – ale sęk w tym, że w całym Nigdzie nie było niczego, co można by umieścić w przewodniku turystycznym.
Wieczór spędziłam w antykwariacie, odkurzając bibeloty, układając książki na półkach i przeglądając stare papiery. Pana Zarzyckiego – właściciela tej małej „świątyni przeszłości” – nie było już od tygodnia. Wyjechał do Paryża w sprawie jakiegoś wyjątkowo cennego zwierciadła, ale znając jego zamiłowanie do sztuki, sądziłam, że pewnie pierwszego dnia wycieczki zabłądził w Luwrze.
Kiedy zaczęłam zbierać się do domu, zapadł już zmierzch. Ulice opustoszały i ścichły. Echo niosło każdy odgłos daleko, jak w katedrze. Starówka pogrążyła się w ciemnościach. Mrok rozpraszały tylko ustawione co kilkanaście metrów gazowe latarnie. Zamknęłam drzwi antykwariatu na klucz i wsiadłam na rower. Jadąc, co chwila nerwowo oglądałam się za siebie. Nie lubiłam Nigdzie w nocy. Miało w sobie nieuchwytną, subtelną magię – ale byłam pewna, że to bardzo zła magia.
Gdzieś za mną trzasnęły drzwi. Ciszę zmącił nierówny stukot butów, odbijający się echem od ścian kamienic. Zatrzymałam się i zsiadłam z roweru. Zacisnęłam spocone dłonie na kierownicy i ostrożnie schowałam się w pobliskim zaułku. Bałam się jak małe dziecko. Wstrzymałam oddech i wychyliłam się za róg. Ulicą biegł – a właściwie, bardzo szybko szedł – mężczyzna w czarnym fraku. Dźwigał przy tym szeroki, wąski pakunek, prawie dorównujący mu wysokością. Co chwila przystawał i rozglądał się nerwowo. Byłam prawie pewna, że mnie zauważył. Rzucił mi chłodne, lekceważące spojrzenie (jakbym wcale nie stała schowana za ścianą, tylko zagradzała mu drogę). Aż syknęłam ze zdziwienia. Ostrowskiego, z jego monoklem, muszką i czarnymi jak smoła włosami nie sposób było nie rozpoznać, ale co nauczyciel mógł tu robić o tej porze? Moim zdaniem powinien teraz kisić się w swojej komórce na poddaszu i sprawdzać testy, albo obmyślać nowe sposoby odpytywania uczniów.
Spodziewałam się, że każe mi wracać do domu, albo łacińskimi sentencjami zmiesza mnie z błotem, ale tylko popatrzył na mnie z zimną nienawiścią. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Czułam, że gdyby mógł, zabiłby mnie z radością, zdusił, zniszczył i wbił w ziemię, a potem jeszcze splunął prosto w twarz. Nikt poza nim nie potrafił swoich emocji wyrażać w taki zimny, okrutny sposób. Chyba wolałabym, żeby na mnie nawrzeszczał. A tak mogłam tylko z powrotem zaszyć się w zaułku i drżeć na przemian ze strachu i ze złości.
Co w niego wstąpiło? Chyba nie jest na mnie wściekły za to odpytywanie? Cholera, przecież to nie była nawet moja wina! I w ogóle, co to za powód, musiałby być jakiś niestabilny emocjonalnie, żeby tak się rzucać przez taką bzdurę…
Kiedy trochę ochłonęłam, przypomniałam sobie całą scenę jeszcze raz. Trudno było mi używać logiki w ciemnym zaułku, z poczuciem, że zaraz może na mnie wyskoczyć jakiś dres – albo coś o wiele gorszego – ale cierpiałam na straszną sklerozę. W moim umyśle nie istniało coś takiego, jak „pamięć krótkotrwała” i za pół godziny wszystkie szczegóły zajścia mogły mi wylecieć z głowy.
Jeśli nie chodziło mu o szkołę, ani o mnie – zresztą, czy jego w ogóle obchodzą ludzie jako ludzie? – to musiał być zły, że w ogóle go zobaczyłam. W takim razie… Co było złego w tym, że go zauważyłam? Przecież nie robił nic nadzwyczajnego, każdy nauczyciel może włóczyć się po zmroku ulicami starówki i dźwigać ze sobą… Właśnie.
Miałam ochotę puknąć się w czoło. Naprawdę byłam idiotką. Co ja w ogóle robiłam w biol-chemie?
Ten pakunek. Co z nim było nie tak? Skąd go wziął?
` Wybiegłam na ulicę i wskoczyłam na rower. Ruszyłam w stronę, z której nadszedł Ostrowski, uważnie przyglądając się każdej mijanej po drodze przecznicy. Nie wiedziałam, czego szukam – ale byłam pewna, że to znajdę. Z drugiej strony wolałam nie myśleć, co zrobiłby Seweryn, gdyby dowiedział się, co robię.
Zawiał chłodny wiatr. Gdzieś obok trzasnęły okiennice i cicho zaskrzypiały drzwi. Zatrzymałam się i rozejrzałam dookoła. Moją uwagę przykuło ciemne okno salonu jubilerskiego. Nad oknem kołysał się skromny, drewniany szyld; widniejące na nim mosiężne litery ledwo dawały się odczytać.
- J. Werner, od 1849 – przeczytałam na głos.
Położyłam rower na bruku i podeszłam do wystawy. Dotknęłam zimnej szyby i przyjrzałam się ciemnemu wnętrzu sklepu. Nie było tam nic nadzwyczajnego; ot, lada, kasa, kilka obrazów i luster na ścianie. Żadnych podejrzanych sprzedawców, tajemniczych pakunków, czy wrednych nauczycieli biologii. To, że to miejsce kiedykolwiek odwiedził człowiek, sygnalizowała jedynie czerwona dioda alarmu.
Znowu usłyszałam skrzypienie drzwi. To, co zobaczyłam, gdy się obróciłam, wmurowało mnie w chodnik. Drzwi sklepu ledwo trzymały się na zawiasach, poruszając się z każdym kolejnym podmuchem wiatru. Nic nie wskazywało jednak na to, aby to oczywiste włamanie – bo nie wiedziałam, ja inaczej można coś takiego nazwać – uaktywniło alarm, czy zostało przez kogokolwiek zauważone. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to na pewno Ostrowskiego widziałam kilka minut temu; nie lubiłam go, ba, wręcz nienawidziłam, ale nie uważałam go za zdolnego do włamania, czy kradzieży.
Spokojnie, to na pewno nie on, zaraz znajdę jakieś wytłumaczenie…
Nie znalazłam jednak żadnego wytłumaczenia; zamiast tego, usłyszałam cichutkie pukanie w szybę. Na zaparowanej powierzchni szkła widniały dwa zdania, jedno nazwisko i jedno imię, ale tyle wystarczyło, żeby mnie przestraszyć.
- Adam Werner.
Zza szyby wyglądał na mnie blady, chudy chłopak. Miał kruczoczarne włosy, delikatne, białe dłonie i podkrążone oczy… Właśnie, oczy. Zielone – ale to nie była byle jaka zieleń. Nie mogłam się zdecydować, jak określić ten jej odcień, a może jego brak, bo za każdym razem, kiedy byłam prawie pewna, że wiem, jaki to kolor, zapominałam jego nazwę i mogłam równie dobrze zaczynać od nowa. Jego oczy nie były ani smutne, ani radosne. Po prostu poważne i mądre, tak, jak czasem u starych ludzi.
- Czego ode mnie chcesz? Kim jesteś? – Zapytałam opryskliwie i prawie od razu ugryzłam się w język. Kiedy się bałam, albo nie czułam się pewnie, od razu przestawałam być miła. I o ile czasem nie czułam z tego powodu wyrzutów sumienia, to tym razem wolałabym, żeby nasze spotkanie potoczyło się zupełnie inaczej. Żeby miało miejsce gdzie indziej, kiedy indziej, w ogóle, WSZYSTKO INACZEJ…
Zanim zdążyłam skończyć swoje rozważania, chłopak skinął mi głową na pożegnanie – tak jak się żegna obcego, którego spytało się o godzinę - i zniknął w głębi sklepu. Jeszcze chwilę stałam przed wejściem, łudząc się, że wróci się choćby po to, żeby zamknąć drzwi do sklepu, ale Adam Werner – jak do tej pory największa zagadka Nigdzie, z jaką miałam okazję się spotkać – najwyraźniej nie miał mi już nic do przekazania.
Północ [CDN] - Nie Maj 17, 2009 12:37 am
Wrzucam, mimo wielu oporów - z jednej strony nie chcę, żeby wyszło na to, że założyłam to forum po to, żeby się lansować, a z drugiej strony wiem, że jak tego nie wrzucę, to wpadniemy w błędne koło. Nie ma tekstów = nikomu nie chce się udzielać, bo po co = nie ma tekstów.
Tu-dum-dum, wersja całkowicie nowa, nie ma nic wspólnego ze starym badziewiem z Onetu poza tytułem i imionami niektórych postaci oraz ogólnym zarysem fabuły, ale ciii...
Proszę o szczerą krytykę. *u*
Dwugodzinna lekcja biologii – zwana także „poranną torturą w sosie z Seweryna” – zaczęła się tak, jak zwykle i nie zapowiadało to niczego dobrego. Ostrowski bez uprzedzenia wparował do klasy i zatrzasnął za sobą drzwi. Nawet siedząc w ostatniej ławce poczułam podmuch powietrza, gdy przemaszerował przez salę i zasiadł za biurkiem. Jednym ruchem ręki zgarnął z blatu stołu niepotrzebne szpargały (w tym szklany globusik, który z brzękiem uderzył w podłogę i rozbił się na kawałeczki), po czym otworzył dziennik. Ciemnobrązowe oczy Seweryna Ostrowskiego – najsurowszego nauczyciela biologii w szkole – miały w sobie coś z sępich. Objawiało się to zwłaszcza, gdy wpatrywał się w listę, zastanawiając się, czyim cierpieniem nasycić swoją żądzę.
…No, może trochę przesadzam. Ale COŚ w tym było.
Jak zawsze, nie zmarnował ani jednej cennej chwili na sprawdzenie listy, czy zapisanie tematu lekcji na tablicy. Był jednym z tych nauczycieli, którzy uważali, że od kredy dostaje się choroby wieńcowej i zaćmy naraz.
– Dwadzieścia jeden. Unus et viginti. Inaczej, Saubert Alicja. Do tablicy. Tutaj, teraz, zaraz.
Na te słowa część klasy westchnęła z ulgą. Ja zamarłam w bezruchu. Chyba zatrzymało mi się serce. Uczyłam się – tak, jasne, ale kto się nie uczył; w bezpośrednim starciu z makaronizmami i wyrachowaną ironią Seweryna i tak nie miałam szans. Ostrowski miał zwyczaj wyceniania nie tylko wiedzy, ale i ciętej riposty. Problem tkwił w tym, że dla niego nawet Maciek Janecki nie był dość cięty. Otępiała, wpatrzona w tablicę, przeanalizowałam wszystkie możliwe wyjścia. Podobno jakiejś dziewczynie z trzeciej klasy udało się wywinąć od odpytywania, bo zemdlała, ale nie umiałam mdleć na zawołanie. Zresztą plotki mówiły, że Ostrowski kazał „zabrać mu to ciało sprzed oczu”, przepytał połowę klasy z następnej lekcji, a delikwentkę wyciągnął do tablicy tydzień później. Zerknęłam na drzwi i okna. Ucieczka nie wchodziła w rachubę, było za wysoko. Potoczyłam wokół błagalnym wzrokiem, ale napotkałam tylko współczujące, bezradne spojrzenia koleżanek i kolegów.
– Dasz radę, Młoda – szepnął Maciek, gdy ruszyłam do tablicy. „Młoda”. Bycie najmłodszą z klasy nie zawsze było takie złe. Może i traktowali mnie trochę jak dziecko (wiadomo, rok młodsza – głupsza), ale naprawdę chcieli mi pomóc. Szkoda tylko, że ich chęć w tym przypadku nijak nie mogła nagiąć rzeczywistości.
Stanęłam na miejscu kaźni i wlepiłam wzrok w blady policzek Ostrowskiego. Wolałam nie patrzeć mu w oczy, więc skupiłam się na łańcuszku od monokla, ginącym gdzieś w wizytce czarnego fraka.
Jeśli to przeżyję, już zawsze będę miła dla ojca. Hej, Panie Boże, słyszałeś to, istniejesz?, pomyślałam. Nagle pełną napięcia ciszę przerwało skrzypnięcie otwieranych drzwi. Do klasy zajrzał pan Werner – nasz matematyk i wychowawca.
– Mogę ci zabrać chwilkę? – Rzucił do Ostrowskiego.
– Jak musisz – odparł biolog. Brzmiało to wszystko w miarę przyjaźnie, ale w oczach obu mężczyzn widać było co najmniej pewną antypatię, jeśli nie zaciekłą nienawiść.
Całkowicie ignorując zdziwione spojrzenia uczniów (dużo czasu minęło odkąd ostatni raz ktoś ośmielił się zakłócić Ostrowskiemu lekcję) i bezczelnie odpychając mnie na bok, Werner wyszedł na środek, wiodąc za sobą filigranowego chłopaczka o granatowych oczach i ciemnobrązowych włosach. Dzieciak (bo nie wyglądał na więcej, niż na trzecią klasę podstawówki) uśmiechnął się do mnie obojętnie i nader uprzejmie, tak, że właściwie nie wiedziałam, czy sobie ze mnie żartuje, czy nie.
– Chciałem wam przedstawić nowego ucznia naszej klasy – powiedział Werner szorstko i wypchnął malca przed siebie. Zrobiło mi się go żal. Boże, czy nauczyciele naprawdę myśleli, że każdy marzy, żeby przedstawić się masie obcych ludzi? I dlaczego to dziecko musiało trafić na takiego wychowawcę jak Werner? Mój sąsiad – matematyk, jubiler i ostatnia wredota – był typem oschłego, skandynawskiego blondyna o którym marzy większość nastolatek. Miał nawet wielgachnego, włochatego psa, którego najchętniej nakarmiłabym odrobiną arszeniku, tyle razy rozkopał nam ogródek.
Chłopiec rozejrzał się wkoło, a kiedy zerknął na mnie, uśmiechnęłam się pocieszająco. Mięśnie, jeszcze przed chwilą napięte do granic możliwości, posłuchały mnie z wyczuwalną niechęcią. Nie za bardzo wiedziałam, jak mogę mu jeszcze pomóc, więc tylko skrzyżowałam kciuki za plecami i mrugnęłam do niego porozumiewawczo pod ramieniem Wernera. Chłopiec popatrzył na mnie z lekkim zainteresowaniem i odwrócił się do reszty uczniów. Maciek rzucił w niego kulką z papieru i zarechotał po swojemu. Zmierzyłam Janickiego lodowatym spojrzeniem, chociaż zdecydowanie nie byłam stworzona do lodowatych spojrzeń.
- Witam. Nazywam się Marcelyan i od dzisiaj będę uczęszczał do tej szkoły. Mam nadzieję, iż doskonale się dogadamy, a nasza współpraca będzie nader owocna – powiedział z obojętnym uśmiechem. Trochę mnie zatkało. Nie wydukał trzech słów, nie zarumienił się, nie odwrócił wzroku; po prostu powiedział dwa zdania złożone wpatrując się w trzydzieści nowopoznanych osób. Uśmiechnęłam się do pleców Marcela. Może miało mu pójść łatwiej, niż się spodziewałam.
- Widzę, że nie jestem już tutaj potrzebny. Do zobaczenia na matematyce, pamiętajcie o zadaniach na jutro – rzucił sucho Werner, po czym wyszedł z klasy. Ostrowski odchrząknął i poprawił sobie muszkę. Mogłabym przysiąc, że w tamtym momencie temperatura w pomieszczeniu spadła do zera absolutnego.
Jeszcze kilka minut temu myślałam, że czeka mnie ciężka przeprawa przez morze łacińskich sentencji i terminów medycznych, oraz walka z wyrafinowaną ironią. Teraz już wiedziałam, jak bardzo się myliłam. Czekało mnie biologiczne piekło.
- No, Saubert, zaczynamy…
No to koniec. Fajnie, nawet nie zdążyłam kupić sobie kanapki w bufecie. Umrę z pustym żołądkiem, a moimi szczątkami pożywią się sępy. Obieg materii w przyrodzie, czy coś.
Ironią udało mi się obronić przed rozpłakaniem się ze strachu. Głośno przełknęłam ślinę i spojrzałam na uśmiechniętego Marcelyana, który zajął wolne miejsce w mojej ławce. Dlaczego Werner musiał przyprowadzić go akurat dzisiaj, na tej lekcji?
Oczyma wyobraźni widząc Seweryna z satysfakcją smarującego wielką, tłustą jedynkę w dzienniku obok mojego nazwiska, zaczęłam swoją radosną improwizację. Nie żebym łudziła się, że w oczach Ostrowskiego będzie cokolwiek warta.
- Ej, Ala, nie było tak źle – pocieszała mnie po lekcji Magda. – Były tylko dwa pytania z tego, co przerobiliśmy i na oba odpowiedziałaś. To całkiem nieźle.
- No, jeszcze lepiej się poczułam, jak zaczął mówić o pasożytach w szkolnej stołówce i tym, dlaczego przypominają mu uczniów – burknęłam, ale mimo wszystko dałam się jej udobruchać. Była czymś w rodzaju mojej najlepszej przyjaciółki, chociaż – wstyd się przyznać – miałam wrażenie, że tak naprawdę z nikim z klasy nie znam się za dobrze.
Nie sposób poznać tylu osób w pół semestru, usprawiedliwiłam się po cichu. Rozejrzałam się wokół, w poszukiwaniu Marcela. Chciałam delikatnie dać mu do zrozumienia, żeby znalazł sobie inne miejsce. Nie żebym była do niego uprzedzona, czy coś – po prostu wolałam siedzieć sama. Mogłam być miła, uczynna, współczująca, ale swojej prywatności broniłam jak lwica.
Marcelyan siedział na ławce machając nogami. Otaczało go grono zaciekawionych chłopców. Sam nie wyglądał ani na zażenowanego, ani na zainteresowanego tym, co się wokół niego dzieje. Na kolanach trzymał opasłe tomisko i od czasu do czasu podnosił znad niego kasztanową czuprynę, żeby z sympatycznym, ale chłodnym uśmiechem odpowiedzieć na jakieś pytanie. O ile słuch mnie nie mylił, opisywał moim kolegom jakieś hiszpańskie miasteczko.
- Naprawdę byłeś tam wszędzie? – Spytał z niedowierzaniem Tomek, znany z tego, że o wiele szybciej działał, niż myślał.
- Nie mówiłbym o tych miejscach, gdybym każdego z nich nie ujrzał na własne oczy – powiedział Marcel, a jego granatowe oczy zalśniły ciepło. Z podziwem przyglądałam się temu wszystkiemu. Wszyscy tańczyli tak, jak zagrał im Marcel. I chociaż czuć było, że moi koledzy nie mają nic przeciwko nowemu, zdawało mi się, że między chłopcem a nimi znajduje się jakaś niewidzialna ściana.
Marcelyan zeskoczył z ławki, założył książkę kciukiem i podszedł do mnie. Zatrzymał się w pół drogi, zastanowił się nad czymś i delikatnie wyrównał granatowy sweterek, oraz przyjrzał się swoim wypastowanym na połysk lakierkom.
- Zwiesz się Alicja, nieprawdaż? – Zapytał rozmarzonym tonem.
- Tak.
- W takim razie mam do ciebie prośbę. Mogłabyś zabrać mnie jutro po lekcjach do tutejszego antykwariatu? Będę dozgonnie wdzięczny – powiedział spokojnie.
- Skąd wiesz, że pracuję w antykwariacie? – Spytałam cicho. Oczywiście to, że akurat mnie o to poprosił nie oznaczało, że wiedział, że tam pracuję, ale logiczne myślenie nigdy nie było moją mocną stroną – a przynajmniej nie w sytuacji, w której nie miałam czasu na zastanowienie.
- Czary – odparł z ciepłym uśmiechem i przekrzywił głowę.
Roześmiałam się. Może jednak siedzenie z nim nie miało być taką katorgą?
No, odpytywanie u Ostrowskiego niewiele przebije.
- Dobrze, pójdziemy do antykwariatu. Ale ty fundujesz rurki z kremem – powiedziałam, po czym ugryzłam się w język. Tak dobrze poczułam się w jego towarzystwie, że zapomniałam, że poznałam go zaledwie półtorej godziny temu. – Eee… No, ten fragment o rurkach uznajmy za niebyły, dobrze? – Zasugerowałam. Pomachałam mu ręką i ruszyłam w stronę drzwi.
Czułam się okropnie, tak nagle go zostawiając, ale potrzebowałam chwili, żeby trochę ochłonąć. Nieraz miewałam wrażenie, że robię z siebie idiotkę, a nikt nie zauważa, że moje zachowanie odbiega od normy. Przez to często się zastanawiałam, czy to ludzie są głupi i dlatego się nie wyróżniam, czy może po prostu inni są dla mnie uprzejmi.
Nie, nie mam kompleksów, pomyślałam, dość niegrzecznie wpychając pieniądze w dłoń pani ze sklepiku.
Manga i anime - Nie Maj 17, 2009 12:01 am
Czytacie, oglądacie?
Jeśli tak, to co, kiedy, gdzie, z jakimi napisami i odczuciami?
A jeśli nie, to czy mieliście już jakąś styczność z mangami i anime i nie spodobał się Wam ten sposób rozrywki, czy może pierwszy raz o czymś takim słyszycie?
...Teoretycznie chciałam uniknąć zbytniego "umangowienia" forum, tak, żeby każdy mógł się na nim zarejestrować i nie czuć obco, ale kilka tego typu tematów nie zawadzi.
Osobiście gustuję w shounenach tudzież seinenach, z rzadka sięgam po one-shoty shoujo, a i to wynika głównie z braku czasu na zapoznanie się z czymś o dłuższej i bardziej skomplikowanej fabule.
Moim pierwszym anime było Death Note, przykuło mnie to-to do ekranu na trzy dni, a miałam wtedy jeszcze łącze internetowe wolne jak żółw po sekcji.
Potem długo nie mogłam się wziąć do dalszego oglądania czegokolwiek, bo dość wysoko stawiałam poprzeczkę (w międzyczasie bez większego echa przeszedł u mnie Hellsing - zarówno mangę, jak i anime wspominam dość ciepło).
Następnie przez dość długi czas wielbiłam Bleacha. Teraz czuję, że na anime po prostu zmarnowałam kupę czasu. Mangę nadal uważam za świetną.
Poza tym czytuję również Blood Alone (najlepsza pozycja o wampirach, z jaką się spotkałam, takie urocze i przyjemne dla oka, że aż trudno oczy oderwać) Ice Revolution (ulubione shoujo o kresce rodem z shounena) i Kuroshitsuji (w anime dobiło mnie zakończenie, mam nadzieję, że autorka się postara i będzie trochę mniej... irytujące).
Napisy wolę angielskie, nie muszę śmiać się z niektórych określeń, czy litować nad tłumaczami. A oglądam zazwyczaj w necie, bo i rynek polski nie jest zbyt rozwinięty (niezła jestem w eufemizmach, nie?).
Sugestie zmian etc. - Sob Maj 16, 2009 11:13 pm
Dopsz, sądzę, że inni się pod tym podpiszą a jak nie, to ja podpiszę się za innych. Teraz zostało mi tylko wymyślenie jakichś twórczych rang związanych z kawiarnią lub zaułkiem i nie zawierających żadnych dresów. Będzie dobrze.
Tematy tabu - Sob Maj 16, 2009 9:11 pm
Kiedy piszesz, nie masz przed sobą rozmówcy czy czytelnika, nie patrzysz mu w oczy i w ogóle nie ma między wami jakiegoś bezpośredniego kontaktu, więc możesz swobodnie ubierać myśli w słowa i nie czujesz ucisku w żołądku.
O, tutaj się nie zgodzę, przynajmniej nie do końca. Każdy człowiek ma jakieś tam zasady moralne (...no, chyba) i nieraz przewraca mu się w żołądku na samą myśl o czymś.
I ten "ucisk w żołądku" moim zdaniem nie bierze się z tego, że rozmawiamy na ten, a nie inny temat z drugą osobą, ale z tego, że ten temat generalnie (czyli także wtedy, gdy o nim myślimy w samotności) jest dla nas niewygodny, nieprzyjemny, dotyka sfery naszej moralności.
Tak więc pisząc też nie masz łatwiej - o ile traktujesz sprawę poważnie, nie jako napisanie kilku ładnie brzmiących zdań. A tutaj wszystko zależy od podejścia autora. Dlatego czasami bardzo mnie interesuje, jaki stosunek do własnej twórczości mają artyści poruszający w swoich pracach trudne tematy. Nieraz zdaje mi się, że robią to głównie pod publiczkę, żeby poklepać ludzi po główkach i powiedzieć "nie przejmuj się", czy coś. O blociowych satanistkach nie wspominając.
Shiroś napisał:Ja nie traktuję "tematów tabu" jako jakiegoś wyższego poziomu pisarskiego wtajemniczenia. Moim zdaniem coś takiego może napisać każdy, kto posiada zdolność logicznego sklecania zdań, a talent i reszta tego typu potworków stanowią bardziej o jakości pracy aniżeli możliwości jej napisania.
Pff, ja tam w ogóle wszystko uważam za wyższy poziom pisarskiego wtajemniczenia.
Po prostu utrzymuję, że tematy trudne są równie trudne do podjęcia w dyskusji twarzą w twarz, co w twórczości pisanej.
Tematy tabu - Sob Maj 16, 2009 7:52 pm
No widzisz, a ja myślałam, że kłócimy się o to, czy czytanie książek w ogóle wpływa na jakość pisaniny. W tej sprawie mamy konsensus, jest git.
No, nie trzeba być geniuszem, ale wtedy o wiele trudniej utrzymać temat w kupie. (Bo ja rozumuję tak: skoro trudno o czymś rozmawiać = trudno przelać to w sposób w miarę przystępny dla czytelnika = podwyższa to ogólny poziom trudności. Nie, nie uważam Cię za głupią, tylko tłumaczę sama sobie, żeby nie zapomnieć, jak myślałam.)
Książki Prattcheta - Sob Maj 16, 2009 4:56 pm
Ja dopiero za Terry'ego się wzięłam i muszę przyznać, facet pisze składnie, ładnie i zabawnie. Podoba mi się to, że nie próbuje na siłę pouczać, czy poruszać "bardzo ważnych życiowych spraw" w sposób do bólu schematyczny (chociaż, na przykład w Czarodzicielstwie, bardzo fajnie pokazuje, że to, kim ktoś jest niekoniecznie musi pokrywać się z tym, czym człowiek się zajmuje).
Irytuje mnie za to jakość polskiego wydania, wszędzie literówki i ten gazetowy papier... Przetrawię wszystko, ale jak wydaję na książkę trzydzieści złotych (jestem luzerem i nie potrafię korzystać z bibliotek), to chcę, żeby wszystko lśniło i całowało mnie po rączkach.
Ulubione postacie? Marchewa i Dwukwiat. Względnie Śmierć, ale w Morcie te WIELKIE LITERY NA KAŻDEJ STRONIE zaczęły już działać mi na nerwy. ^^;
Tematy tabu - Sob Maj 16, 2009 4:45 pm
Shiro napisał:Z literaturą specjalistyczną owszem (w końcu to głupie, pisać o schizofreniku nie znając mechanizmów szpitala psychiatrycznego), ale na pewno nie z literaturą w ogóle. O zdolnościach pisarskich nie świadczy liczba przeczytanych książek.
Może o zdolnościach nie świadczy, ale o tym, jak ktoś pisze na chwilę obecną to tak. Bo potencjał i talent można mieć już w żłobku, pięknie i rytmicznie gaworzyć, składać sylaby jak Szekspir, ale potem trzeba to wszystko szlifować. Nikt nie zostaje wielkim pisarzem z dnia na dzień, niezależnie, czego by ludziom nie opowiadał. P:
Shiro napisał:Trudne tematy są trudne dlatego, że (z założenia) trudno o nich swobodnie rozmawiać, a nie dlatego, że trzeba być geniuszem, by o nich pisać.
Przecież geniusz i tak napisze na temat tabu lepiej niż przeciętniak. No, przynajmniej z definicji to wynika.
W ogóle, trochę bawi mnie to, że wszystkie wiośniane panienki chwytające za pióra i piszące o satanistach omijają szerokim łukiem na przykład temat masturbacji. xD'
(Tutaj należałoby się zastanowić, czy o każdym aspekcie natury człowieka naprawdę trzeba wspominać.)
EDIT:
Maruku, mądrze prawisz. Bo jeśli ktoś pisze z ideą "będzie świętokradztwo, a potem temu nawleką jelita na igłę", to efekt końcowy może być, ekhem, różny. Poruszenie tematu tabu raczej nie powinno być głównym pomysłem na tfur, zwłaszcza, jeśli to ma być twór dłuższy i przeciętnie filozoficzno-egzystencjalny (vide - "Anioły i Demony" i "Kod da Vinci" Dana Browna, no proszę Was, to naprawdę trudno czytać).
Vitam Państva. - Pią Maj 15, 2009 9:06 pm
Shiro, właśnie odkryłam Twój nowy talent - umiesz ładnie komplikować, dziewczyno. :'D
I to nie tak nieprzyjemnie, bo aż chce się domyślać, o co chodzi. Nawet zgadłam, o co miałaś na myśli w pierwszym akapicie, bez podpowiedzi. Mogę już czuć się mądra?
Bardzo rzadko komukolwiek się do tego przyznaję, ale myślę, że tutaj można: kocham pisać eseje. Mam ich na koncie dopiero siedem i wszystkie zioną lamerią i bezsensem, ale sam ich akt twórczy sprawiał mi ogromną radość.
Jeszcze pożałujesz, że się przyznałaś. Teraz będziesz musiała je opublikować, najlepiej tutaj, teraz, zaraz. Na wynos i w ogóle.
Życzę spokojnej, miłej i kreatywnej egzystencji w Zaułku tudzież Kawiarni, oby Cię nikt nie zjadł i żebyś dobrze się bawiła, ot co.
Tematy tabu - Pią Maj 15, 2009 7:55 pm
maruk napisał:Ale pomijając Obawiam się, ze chociaż napisano już setki esejów w intencji zwalczania tego zjawiska, to jednak wciąż myli się pojęcie trudnego tematu ze złym [moralnie] tematem, co przekłada się na błędne równanie Szok [że bebechy się przewracają] = Ambitność
Święta prawda.
Moim zdaniem gonienie za kontrowersją jest posunięciem jak najdalszym od "ambitnej literatury". Dobry pisarz nie musi uciekać się do szokowania ludzi, żeby coś im przekazać. Każdy problem można pokazać w innej skali, nie trzeba od razu rozszalałego mordercy, żeby pokazać, że śmierć rani.
A to, że ludzie nie czytają już klasyki, tylko kupują Dana Browna, to tylko smutek i żal, ale cóż, większości takich umysłów nie da już się naprawić. P:
(Nie że propaguję "nudę", ale niektórych rzeczy po prostu nie wypada nie przeczytać.)
Salz, możliwe, że do tematów tabu trzeba talentu - po przecież do wszystkiego związanego z pisaniem go potrzeba. Ale sądzę, że opisywanie takich rzeczy bez żadnych podstaw, bez zapoznania się chociaż z odpowiednią literaturą specjalistyczną, jest żałosne i nie na poziomie. To trochę tak jakby dziesięć razy napisać "łyżka" i potem mówić, że to studium słowa, forma artystyczna. Forma artystyczna też musi trzymać się kupy, a trudne tematy właśnie dlatego są trudne, że niełatwo je w tej kupie utrzymać.


