Północ [CDN]

    Share

    Immerine
    Mroczna i Zła

    Liczba postów: 25
    Join date: 05/05/2009
    Age: 18
    Skąd: skądinąd

    Północ [CDN]

    Pisanie by Immerine on Nie Maj 17, 2009 12:37 am

    Wrzucam, mimo wielu oporów - z jednej strony nie chcę, żeby wyszło na to, że założyłam to forum po to, żeby się lansować, a z drugiej strony wiem, że jak tego nie wrzucę, to wpadniemy w błędne koło. Nie ma tekstów = nikomu nie chce się udzielać, bo po co = nie ma tekstów.
    Tu-dum-dum, wersja całkowicie nowa, nie ma nic wspólnego ze starym badziewiem z Onetu poza tytułem i imionami niektórych postaci oraz ogólnym zarysem fabuły, ale ciii...
    Proszę o szczerą krytykę. *u*


    Rozdział I


    Dwugodzinna lekcja biologii – zwana także „poranną torturą w sosie z Seweryna” – zaczęła się tak, jak zwykle i nie zapowiadało to niczego dobrego. Ostrowski bez uprzedzenia wparował do klasy i zatrzasnął za sobą drzwi. Nawet siedząc w ostatniej ławce poczułam podmuch powietrza, gdy przemaszerował przez salę i zasiadł za biurkiem. Jednym ruchem ręki zgarnął z blatu stołu niepotrzebne szpargały (w tym szklany globusik, który z brzękiem uderzył w podłogę i rozbił się na kawałeczki), po czym otworzył dziennik. Ciemnobrązowe oczy Seweryna Ostrowskiego – najsurowszego nauczyciela biologii w szkole – miały w sobie coś z sępich. Objawiało się to zwłaszcza, gdy wpatrywał się w listę, zastanawiając się, czyim cierpieniem nasycić swoją żądzę.
    …No, może trochę przesadzam. Ale COŚ w tym było.
    Jak zawsze, nie zmarnował ani jednej cennej chwili na sprawdzenie listy, czy zapisanie tematu lekcji na tablicy. Był jednym z tych nauczycieli, którzy uważali, że od kredy dostaje się choroby wieńcowej i zaćmy naraz.
    – Dwadzieścia jeden. Unus et viginti. Inaczej, Saubert Alicja. Do tablicy. Tutaj, teraz, zaraz.
    Na te słowa część klasy westchnęła z ulgą. Ja zamarłam w bezruchu. Chyba zatrzymało mi się serce. Uczyłam się – tak, jasne, ale kto się nie uczył; w bezpośrednim starciu z makaronizmami i wyrachowaną ironią Seweryna i tak nie miałam szans. Ostrowski miał zwyczaj wyceniania nie tylko wiedzy, ale i ciętej riposty. Problem tkwił w tym, że dla niego nawet Maciek Janecki nie był dość cięty. Otępiała, wpatrzona w tablicę, przeanalizowałam wszystkie możliwe wyjścia. Podobno jakiejś dziewczynie z trzeciej klasy udało się wywinąć od odpytywania, bo zemdlała, ale nie umiałam mdleć na zawołanie. Zresztą plotki mówiły, że Ostrowski kazał „zabrać mu to ciało sprzed oczu”, przepytał połowę klasy z następnej lekcji, a delikwentkę wyciągnął do tablicy tydzień później. Zerknęłam na drzwi i okna. Ucieczka nie wchodziła w rachubę, było za wysoko. Potoczyłam wokół błagalnym wzrokiem, ale napotkałam tylko współczujące, bezradne spojrzenia koleżanek i kolegów.
    – Dasz radę, Młoda – szepnął Maciek, gdy ruszyłam do tablicy. „Młoda”. Bycie najmłodszą z klasy nie zawsze było takie złe. Może i traktowali mnie trochę jak dziecko (wiadomo, rok młodsza – głupsza), ale naprawdę chcieli mi pomóc. Szkoda tylko, że ich chęć w tym przypadku nijak nie mogła nagiąć rzeczywistości.
    Stanęłam na miejscu kaźni i wlepiłam wzrok w blady policzek Ostrowskiego. Wolałam nie patrzeć mu w oczy, więc skupiłam się na łańcuszku od monokla, ginącym gdzieś w wizytce czarnego fraka.
    Jeśli to przeżyję, już zawsze będę miła dla ojca. Hej, Panie Boże, słyszałeś to, istniejesz?, pomyślałam. Nagle pełną napięcia ciszę przerwało skrzypnięcie otwieranych drzwi. Do klasy zajrzał pan Werner – nasz matematyk i wychowawca.
    – Mogę ci zabrać chwilkę? – Rzucił do Ostrowskiego.
    – Jak musisz – odparł biolog. Brzmiało to wszystko w miarę przyjaźnie, ale w oczach obu mężczyzn widać było co najmniej pewną antypatię, jeśli nie zaciekłą nienawiść.
    Całkowicie ignorując zdziwione spojrzenia uczniów (dużo czasu minęło odkąd ostatni raz ktoś ośmielił się zakłócić Ostrowskiemu lekcję) i bezczelnie odpychając mnie na bok, Werner wyszedł na środek, wiodąc za sobą filigranowego chłopaczka o granatowych oczach i ciemnobrązowych włosach. Dzieciak (bo nie wyglądał na więcej, niż na trzecią klasę podstawówki) uśmiechnął się do mnie obojętnie i nader uprzejmie, tak, że właściwie nie wiedziałam, czy sobie ze mnie żartuje, czy nie.
    – Chciałem wam przedstawić nowego ucznia naszej klasy – powiedział Werner szorstko i wypchnął malca przed siebie. Zrobiło mi się go żal. Boże, czy nauczyciele naprawdę myśleli, że każdy marzy, żeby przedstawić się masie obcych ludzi? I dlaczego to dziecko musiało trafić na takiego wychowawcę jak Werner? Mój sąsiad – matematyk, jubiler i ostatnia wredota – był typem oschłego, skandynawskiego blondyna o którym marzy większość nastolatek. Miał nawet wielgachnego, włochatego psa, którego najchętniej nakarmiłabym odrobiną arszeniku, tyle razy rozkopał nam ogródek.
    Chłopiec rozejrzał się wkoło, a kiedy zerknął na mnie, uśmiechnęłam się pocieszająco. Mięśnie, jeszcze przed chwilą napięte do granic możliwości, posłuchały mnie z wyczuwalną niechęcią. Nie za bardzo wiedziałam, jak mogę mu jeszcze pomóc, więc tylko skrzyżowałam kciuki za plecami i mrugnęłam do niego porozumiewawczo pod ramieniem Wernera. Chłopiec popatrzył na mnie z lekkim zainteresowaniem i odwrócił się do reszty uczniów. Maciek rzucił w niego kulką z papieru i zarechotał po swojemu. Zmierzyłam Janickiego lodowatym spojrzeniem, chociaż zdecydowanie nie byłam stworzona do lodowatych spojrzeń.
    - Witam. Nazywam się Marcelyan i od dzisiaj będę uczęszczał do tej szkoły. Mam nadzieję, iż doskonale się dogadamy, a nasza współpraca będzie nader owocna – powiedział z obojętnym uśmiechem. Trochę mnie zatkało. Nie wydukał trzech słów, nie zarumienił się, nie odwrócił wzroku; po prostu powiedział dwa zdania złożone wpatrując się w trzydzieści nowopoznanych osób. Uśmiechnęłam się do pleców Marcela. Może miało mu pójść łatwiej, niż się spodziewałam.
    - Widzę, że nie jestem już tutaj potrzebny. Do zobaczenia na matematyce, pamiętajcie o zadaniach na jutro – rzucił sucho Werner, po czym wyszedł z klasy. Ostrowski odchrząknął i poprawił sobie muszkę. Mogłabym przysiąc, że w tamtym momencie temperatura w pomieszczeniu spadła do zera absolutnego.
    Jeszcze kilka minut temu myślałam, że czeka mnie ciężka przeprawa przez morze łacińskich sentencji i terminów medycznych, oraz walka z wyrafinowaną ironią. Teraz już wiedziałam, jak bardzo się myliłam. Czekało mnie biologiczne piekło.
    - No, Saubert, zaczynamy…
    No to koniec. Fajnie, nawet nie zdążyłam kupić sobie kanapki w bufecie. Umrę z pustym żołądkiem, a moimi szczątkami pożywią się sępy. Obieg materii w przyrodzie, czy coś.
    Ironią udało mi się obronić przed rozpłakaniem się ze strachu. Głośno przełknęłam ślinę i spojrzałam na uśmiechniętego Marcelyana, który zajął wolne miejsce w mojej ławce. Dlaczego Werner musiał przyprowadzić go akurat dzisiaj, na tej lekcji?
    Oczyma wyobraźni widząc Seweryna z satysfakcją smarującego wielką, tłustą jedynkę w dzienniku obok mojego nazwiska, zaczęłam swoją radosną improwizację. Nie żebym łudziła się, że w oczach Ostrowskiego będzie cokolwiek warta.

    ***


    - Ej, Ala, nie było tak źle – pocieszała mnie po lekcji Magda. – Były tylko dwa pytania z tego, co przerobiliśmy i na oba odpowiedziałaś. To całkiem nieźle.
    - No, jeszcze lepiej się poczułam, jak zaczął mówić o pasożytach w szkolnej stołówce i tym, dlaczego przypominają mu uczniów – burknęłam, ale mimo wszystko dałam się jej udobruchać. Była czymś w rodzaju mojej najlepszej przyjaciółki, chociaż – wstyd się przyznać – miałam wrażenie, że tak naprawdę z nikim z klasy nie znam się za dobrze.
    Nie sposób poznać tylu osób w pół semestru, usprawiedliwiłam się po cichu. Rozejrzałam się wokół, w poszukiwaniu Marcela. Chciałam delikatnie dać mu do zrozumienia, żeby znalazł sobie inne miejsce. Nie żebym była do niego uprzedzona, czy coś – po prostu wolałam siedzieć sama. Mogłam być miła, uczynna, współczująca, ale swojej prywatności broniłam jak lwica.
    Marcelyan siedział na ławce machając nogami. Otaczało go grono zaciekawionych chłopców. Sam nie wyglądał ani na zażenowanego, ani na zainteresowanego tym, co się wokół niego dzieje. Na kolanach trzymał opasłe tomisko i od czasu do czasu podnosił znad niego kasztanową czuprynę, żeby z sympatycznym, ale chłodnym uśmiechem odpowiedzieć na jakieś pytanie. O ile słuch mnie nie mylił, opisywał moim kolegom jakieś hiszpańskie miasteczko.
    - Naprawdę byłeś tam wszędzie? – Spytał z niedowierzaniem Tomek, znany z tego, że o wiele szybciej działał, niż myślał.
    - Nie mówiłbym o tych miejscach, gdybym każdego z nich nie ujrzał na własne oczy – powiedział Marcel, a jego granatowe oczy zalśniły ciepło. Z podziwem przyglądałam się temu wszystkiemu. Wszyscy tańczyli tak, jak zagrał im Marcel. I chociaż czuć było, że moi koledzy nie mają nic przeciwko nowemu, zdawało mi się, że między chłopcem a nimi znajduje się jakaś niewidzialna ściana.
    Marcelyan zeskoczył z ławki, założył książkę kciukiem i podszedł do mnie. Zatrzymał się w pół drogi, zastanowił się nad czymś i delikatnie wyrównał granatowy sweterek, oraz przyjrzał się swoim wypastowanym na połysk lakierkom.
    - Zwiesz się Alicja, nieprawdaż? – Zapytał rozmarzonym tonem.
    - Tak.
    - W takim razie mam do ciebie prośbę. Mogłabyś zabrać mnie jutro po lekcjach do tutejszego antykwariatu? Będę dozgonnie wdzięczny – powiedział spokojnie.
    - Skąd wiesz, że pracuję w antykwariacie? – Spytałam cicho. Oczywiście to, że akurat mnie o to poprosił nie oznaczało, że wiedział, że tam pracuję, ale logiczne myślenie nigdy nie było moją mocną stroną – a przynajmniej nie w sytuacji, w której nie miałam czasu na zastanowienie.
    - Czary – odparł z ciepłym uśmiechem i przekrzywił głowę.
    Roześmiałam się. Może jednak siedzenie z nim nie miało być taką katorgą?
    No, odpytywanie u Ostrowskiego niewiele przebije.
    - Dobrze, pójdziemy do antykwariatu. Ale ty fundujesz rurki z kremem – powiedziałam, po czym ugryzłam się w język. Tak dobrze poczułam się w jego towarzystwie, że zapomniałam, że poznałam go zaledwie półtorej godziny temu. – Eee… No, ten fragment o rurkach uznajmy za niebyły, dobrze? – Zasugerowałam. Pomachałam mu ręką i ruszyłam w stronę drzwi.
    Czułam się okropnie, tak nagle go zostawiając, ale potrzebowałam chwili, żeby trochę ochłonąć. Nieraz miewałam wrażenie, że robię z siebie idiotkę, a nikt nie zauważa, że moje zachowanie odbiega od normy. Przez to często się zastanawiałam, czy to ludzie są głupi i dlatego się nie wyróżniam, czy może po prostu inni są dla mnie uprzejmi.
    Nie, nie mam kompleksów, pomyślałam, dość niegrzecznie wpychając pieniądze w dłoń pani ze sklepiku.


    Ostatnio zmieniony przez Immerine dnia Nie Maj 17, 2009 12:39 am, w całości zmieniany 1 raz

    Immerine
    Mroczna i Zła

    Liczba postów: 25
    Join date: 05/05/2009
    Age: 18
    Skąd: skądinąd

    Re: Północ [CDN]

    Pisanie by Immerine on Nie Maj 17, 2009 12:37 am

    ***


    Po lekcjach wpadłam do domu, zjadłam obiad, cmoknęłam ojca w policzek i popędziłam na miasto. Nie lubiłam wieczorami siedzieć w domu. W dodatku, tamtego dnia roznosił mnie nadmiar energii.
    Ha, jutro poćwiczę sobie ekstrawertyzm, asertywność i w ogóle. Oby tylko kawiarnia była otwarta, bez kawy nie umiem rozmawiać, myślałam, mijając na rowerze domy sąsiadów i zmierzając w stronę „centrum”, najstarszej i zdecydowanie najciekawszej części miasteczka.
    Starówka w Nigdzie była jednym z tych urokliwych miejsc, których nie odwiedzali turyści. Kolorowa, pełna starych kamienic i przytulnych kawiarenek, ale jakby wyłączona z biegu historii. Nie było tutaj żadnych pomników, czy tablic upamiętniających dawne zdarzenia. Największą atrakcją była fontanna na rynku, a najlepszą „restauracją” stareńka Lalka ze swoimi pączkami, których zapach czuć było w każdym zaułku. Nie sposób było nie wspomnieć też o kataryniarzu i stoisku z watą cukrową – ale sęk w tym, że w całym Nigdzie nie było niczego, co można by umieścić w przewodniku turystycznym.
    Wieczór spędziłam w antykwariacie, odkurzając bibeloty, układając książki na półkach i przeglądając stare papiery. Pana Zarzyckiego – właściciela tej małej „świątyni przeszłości” – nie było już od tygodnia. Wyjechał do Paryża w sprawie jakiegoś wyjątkowo cennego zwierciadła, ale znając jego zamiłowanie do sztuki, sądziłam, że pewnie pierwszego dnia wycieczki zabłądził w Luwrze.
    Kiedy zaczęłam zbierać się do domu, zapadł już zmierzch. Ulice opustoszały i ścichły. Echo niosło każdy odgłos daleko, jak w katedrze. Starówka pogrążyła się w ciemnościach. Mrok rozpraszały tylko ustawione co kilkanaście metrów gazowe latarnie. Zamknęłam drzwi antykwariatu na klucz i wsiadłam na rower. Jadąc, co chwila nerwowo oglądałam się za siebie. Nie lubiłam Nigdzie w nocy. Miało w sobie nieuchwytną, subtelną magię – ale byłam pewna, że to bardzo zła magia.
    Gdzieś za mną trzasnęły drzwi. Ciszę zmącił nierówny stukot butów, odbijający się echem od ścian kamienic. Zatrzymałam się i zsiadłam z roweru. Zacisnęłam spocone dłonie na kierownicy i ostrożnie schowałam się w pobliskim zaułku. Bałam się jak małe dziecko. Wstrzymałam oddech i wychyliłam się za róg. Ulicą biegł – a właściwie, bardzo szybko szedł – mężczyzna w czarnym fraku. Dźwigał przy tym szeroki, wąski pakunek, prawie dorównujący mu wysokością. Co chwila przystawał i rozglądał się nerwowo. Byłam prawie pewna, że mnie zauważył. Rzucił mi chłodne, lekceważące spojrzenie (jakbym wcale nie stała schowana za ścianą, tylko zagradzała mu drogę). Aż syknęłam ze zdziwienia. Ostrowskiego, z jego monoklem, muszką i czarnymi jak smoła włosami nie sposób było nie rozpoznać, ale co nauczyciel mógł tu robić o tej porze? Moim zdaniem powinien teraz kisić się w swojej komórce na poddaszu i sprawdzać testy, albo obmyślać nowe sposoby odpytywania uczniów.
    Spodziewałam się, że każe mi wracać do domu, albo łacińskimi sentencjami zmiesza mnie z błotem, ale tylko popatrzył na mnie z zimną nienawiścią. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Czułam, że gdyby mógł, zabiłby mnie z radością, zdusił, zniszczył i wbił w ziemię, a potem jeszcze splunął prosto w twarz. Nikt poza nim nie potrafił swoich emocji wyrażać w taki zimny, okrutny sposób. Chyba wolałabym, żeby na mnie nawrzeszczał. A tak mogłam tylko z powrotem zaszyć się w zaułku i drżeć na przemian ze strachu i ze złości.
    Co w niego wstąpiło? Chyba nie jest na mnie wściekły za to odpytywanie? Cholera, przecież to nie była nawet moja wina! I w ogóle, co to za powód, musiałby być jakiś niestabilny emocjonalnie, żeby tak się rzucać przez taką bzdurę…
    Kiedy trochę ochłonęłam, przypomniałam sobie całą scenę jeszcze raz. Trudno było mi używać logiki w ciemnym zaułku, z poczuciem, że zaraz może na mnie wyskoczyć jakiś dres – albo coś o wiele gorszego – ale cierpiałam na straszną sklerozę. W moim umyśle nie istniało coś takiego, jak „pamięć krótkotrwała” i za pół godziny wszystkie szczegóły zajścia mogły mi wylecieć z głowy.
    Jeśli nie chodziło mu o szkołę, ani o mnie – zresztą, czy jego w ogóle obchodzą ludzie jako ludzie? – to musiał być zły, że w ogóle go zobaczyłam. W takim razie… Co było złego w tym, że go zauważyłam? Przecież nie robił nic nadzwyczajnego, każdy nauczyciel może włóczyć się po zmroku ulicami starówki i dźwigać ze sobą… Właśnie.
    Miałam ochotę puknąć się w czoło. Naprawdę byłam idiotką. Co ja w ogóle robiłam w biol-chemie?
    Ten pakunek. Co z nim było nie tak? Skąd go wziął?
    ` Wybiegłam na ulicę i wskoczyłam na rower. Ruszyłam w stronę, z której nadszedł Ostrowski, uważnie przyglądając się każdej mijanej po drodze przecznicy. Nie wiedziałam, czego szukam – ale byłam pewna, że to znajdę. Z drugiej strony wolałam nie myśleć, co zrobiłby Seweryn, gdyby dowiedział się, co robię.
    Zawiał chłodny wiatr. Gdzieś obok trzasnęły okiennice i cicho zaskrzypiały drzwi. Zatrzymałam się i rozejrzałam dookoła. Moją uwagę przykuło ciemne okno salonu jubilerskiego. Nad oknem kołysał się skromny, drewniany szyld; widniejące na nim mosiężne litery ledwo dawały się odczytać.
    - J. Werner, od 1849 – przeczytałam na głos.
    Położyłam rower na bruku i podeszłam do wystawy. Dotknęłam zimnej szyby i przyjrzałam się ciemnemu wnętrzu sklepu. Nie było tam nic nadzwyczajnego; ot, lada, kasa, kilka obrazów i luster na ścianie. Żadnych podejrzanych sprzedawców, tajemniczych pakunków, czy wrednych nauczycieli biologii. To, że to miejsce kiedykolwiek odwiedził człowiek, sygnalizowała jedynie czerwona dioda alarmu.
    Znowu usłyszałam skrzypienie drzwi. To, co zobaczyłam, gdy się obróciłam, wmurowało mnie w chodnik. Drzwi sklepu ledwo trzymały się na zawiasach, poruszając się z każdym kolejnym podmuchem wiatru. Nic nie wskazywało jednak na to, aby to oczywiste włamanie – bo nie wiedziałam, ja inaczej można coś takiego nazwać – uaktywniło alarm, czy zostało przez kogokolwiek zauważone. Przez chwilę zastanawiałam się, czy to na pewno Ostrowskiego widziałam kilka minut temu; nie lubiłam go, ba, wręcz nienawidziłam, ale nie uważałam go za zdolnego do włamania, czy kradzieży.
    Spokojnie, to na pewno nie on, zaraz znajdę jakieś wytłumaczenie…
    Nie znalazłam jednak żadnego wytłumaczenia; zamiast tego, usłyszałam cichutkie pukanie w szybę. Na zaparowanej powierzchni szkła widniały dwa zdania, jedno nazwisko i jedno imię, ale tyle wystarczyło, żeby mnie przestraszyć.

    Uważaj na siebie. Nie przychodź tu więcej.
    - Adam Werner.


    Zza szyby wyglądał na mnie blady, chudy chłopak. Miał kruczoczarne włosy, delikatne, białe dłonie i podkrążone oczy… Właśnie, oczy. Zielone – ale to nie była byle jaka zieleń. Nie mogłam się zdecydować, jak określić ten jej odcień, a może jego brak, bo za każdym razem, kiedy byłam prawie pewna, że wiem, jaki to kolor, zapominałam jego nazwę i mogłam równie dobrze zaczynać od nowa. Jego oczy nie były ani smutne, ani radosne. Po prostu poważne i mądre, tak, jak czasem u starych ludzi.
    - Czego ode mnie chcesz? Kim jesteś? – Zapytałam opryskliwie i prawie od razu ugryzłam się w język. Kiedy się bałam, albo nie czułam się pewnie, od razu przestawałam być miła. I o ile czasem nie czułam z tego powodu wyrzutów sumienia, to tym razem wolałabym, żeby nasze spotkanie potoczyło się zupełnie inaczej. Żeby miało miejsce gdzie indziej, kiedy indziej, w ogóle, WSZYSTKO INACZEJ…
    Zanim zdążyłam skończyć swoje rozważania, chłopak skinął mi głową na pożegnanie – tak jak się żegna obcego, którego spytało się o godzinę - i zniknął w głębi sklepu. Jeszcze chwilę stałam przed wejściem, łudząc się, że wróci się choćby po to, żeby zamknąć drzwi do sklepu, ale Adam Werner – jak do tej pory największa zagadka Nigdzie, z jaką miałam okazję się spotkać – najwyraźniej nie miał mi już nic do przekazania.


    _________________
    I just made you up to hurt myself.



    Salz
    Śledź

    Liczba postów: 21
    Join date: 10/05/2009
    Age: 21

    Re: Północ [CDN]

    Pisanie by Salz on Nie Maj 17, 2009 9:55 pm

    Hmm, nie jestem dobry w pisaniu wylewnych, pięknych komentarzy bo zawsze gdzieś mi się wpieprzy literówka i ot odpływa cały mój profesjonalizm (który nadal spoczywa głęboko zamaskowany gdzieś pod kurtyną mojego uroku osobistego).
    Ale skoro już to wrzuciłaś, to skomentuję.
    Nie lubię Seweryna, jestem uprzedzony, jego sposób bycia jest po prostu nie do zniesienia i nie widzę w nim nawet wirującego seksu bo jak tu widzieć seks w facecie który co noc zasypia nad kubkiem kawy rozmyślając na sposobami bezmyślnego wyżywania się na uczniach, żal a nie seks .
    Nie wiem, czy powinnaś ten "biol-chem" zapisywać ot, tak, bo w końcu to nie gad, gdzie rozmawiasz z innym uczniakiem, tylko tekst w domyśle literacki, no ale może to tylko moje czepialstwo .
    Ten tekst z "największą zagadką Nigdzie" był lame niby kurczak w galarecie, serio, czuć, że nie wiedziałaś, jak skończyć. XD
    Chce więcej Adama, więcej znęcania się nad Sewerynem i tego, żebyś nie opisywała oczu Adama, że niby należą do starego faceta, on jest zielony szczypiorek, rześki i w ogóle. :F
    A nowa Alicja jest miła do bólu zębów, nie wiem, czy to wybieg celowy, czy tak Ci wyszło, bo nie chciałaś, żeby była taka jak w starej wersji; ale przez to jest o wiele wiele lepiej, można ją nawet polubić.
    Wiesz, że mi się to podoba, że mnie już wciągnęło, problem tylko w tym, że nie wiadomo, czy innych wciągnęło od pierwszego rozdziału, bo ja mam wszystko zaspoilerowane i niektórych rzeczy nie mogę się doczytać (albo i doczekać nawet). : D

    maruk

    Liczba postów: 11
    Join date: 14/05/2009
    Age: 25
    Skąd: z okna na plac.

    Re: Północ [CDN]

    Pisanie by maruk on Pon Maj 18, 2009 3:06 pm

    oż. potrafisz to, co mnie nie wychodzi - miescisz się w formacie A4.
    co do stylu, chodzi mi po głowie jedno slowo: STARANNY. cóż, może to nie jest to, co człowiek chce przeczytać o sobie, kiedy już się postara, ale tak to widzę i cóż poradzę
    tak na marginesie, dlaczego to zawsze muszą być zielone oczy - brązowe gorzej brzmią, niebieskie są takie za kjut? a w ogóle chłopcy bywają czasem niechudzi. serio. chociaż w opowiadaniach, szczególnie tych z neta, istota ludzka rozmiaru L to gatunek wymarły
    to dywagacja, nie krytyka. wiadomo, wszystko wkrojone w Nastrój.

    "najstarszej i zdecydowanie najciekawszej części " - to takie coś, co się pisze, jak sie chce koniecznie wbić czytelnikom do głowy Tło. ale nie działa i w ogóle odradzam Brzmi przewodnikowo, aż boli.

    acha - niezłe imiona.

    Immerine
    Mroczna i Zła

    Liczba postów: 25
    Join date: 05/05/2009
    Age: 18
    Skąd: skądinąd

    Re: Północ [CDN]

    Pisanie by Immerine on Wto Maj 19, 2009 7:20 pm

    Zalcuś, mnie nie przestraszysz. P:
    Seweryn w sumie nie jest do lubienia (choć nie ukrywam, że mi miło, kiedy ktoś lubi wytwory mojej wyobraźni), on raczej ma sprawdzić się w swojej roli i koniec.
    Ano, nie wiedziałam jak skończyć, bo ja nie umiem kończyć. Aczkolwiek postaram się, żeby w przyszłości wyglądało to nieco lepiej.
    Co do "wciągania" - sama się nad tym zastanawiam, ale mam nadzieję, że będzie git.

    maruku, dziękuję, mnie określenie "staranny" nie razi, sama czuję, że mogłoby być lepiej, ale dopiero co wyzbyłam się kwiecistości (a przynajmniej tej nadmiernej), pewnie muszę poczekać, aż reszta też się poprawi.
    ...A-ale Seweryn ma brązowe oczyska, a Marcel granatowe! D:
    Sądzę, że większość osób (w tym i ja) uznaje zielone oczy za intrygujące, bo kojarzą się z kotami. I to jest takie mhrokness of gothicness of darkness.
    Hmm, sądzę, że przedstawianie wyidealizowanego świata jest dość charakterystyczne dla literatury, zwłaszcza tej "młodzieżowej".

    Imiona też mi się podobają. *U*


    _________________
    I just made you up to hurt myself.



    maruk

    Liczba postów: 11
    Join date: 14/05/2009
    Age: 25
    Skąd: z okna na plac.

    Re: Północ [CDN]

    Pisanie by maruk on Wto Maj 19, 2009 8:31 pm

    no cóż. specjalizuję się w a: tasiemcowych fan fikcjach, b: tasiemcowych powieściach bez końca na widnokręgu, wiec co ja tam moge krytykowac... Ale jakaś szablonowość w tym jest, na moje krzywe [żółte] oko. najgorze jest to: zatrzymała się, spojrzała... i zobaczyła: oczy takie, włosy takie, wzrost, ... Jak opis postaci z Wiki, strasznie tego nie cierpię

    nie chce mi się zagladać do słownika, co to je ten "draft"? *zerka podejrzliwie*

    Immerine
    Mroczna i Zła

    Liczba postów: 25
    Join date: 05/05/2009
    Age: 18
    Skąd: skądinąd

    Re: Północ [CDN]

    Pisanie by Immerine on Wto Maj 19, 2009 9:01 pm

    Pffha, też takich opisów nie cierpię, ale co ja poradzę, że tam czy siam jeden taki mi się zaplącze. To wrodzona grafomania, ot co.
    Szablonowość we wszystkim, co tasiemcowe i internetowe istnieje od dawna i chyba trudno ją zwalczać, w końcu ta zaraza rozprzestrzeniła się nawet na literaturę "profesjonalną". Aczkolwiek trzeba się starać. 8D
    Draft to bodajże szkic.


    _________________
    I just made you up to hurt myself.



    Salz
    Śledź

    Liczba postów: 21
    Join date: 10/05/2009
    Age: 21

    Re: Północ [CDN]

    Pisanie by Salz on Sro Maj 20, 2009 5:56 pm

    Immeru napisał:Seweryn w sumie nie jest do lubienia (choć nie ukrywam, że mi miło, kiedy ktoś lubi wytwory mojej wyobraźni), on raczej ma sprawdzić się w swojej roli i koniec.

    Ojejku, czyżbyś przedstawiała mój pogląd na postacie książkowe?
    Schemat 'ma odwalić swoją robotę i koniec' jest całkiem niezły. Chyba aż przeproszę się z Sewerynem.

    Immeru napisał:Ano, nie wiedziałam jak skończyć, bo ja nie umiem kończyć. Aczkolwiek postaram się, żeby w przyszłości wyglądało to nieco lepiej.

    Prawdziwego mężczyznę poznaje się po tym jak kończy!
    Czy jakoś tak.

      Obecny czas to Czw Lut 23, 2012 1:13 pm