Wrzucam, mimo wielu oporów - z jednej strony nie chcę, żeby wyszło na to, że założyłam to forum po to, żeby się lansować, a z drugiej strony wiem, że jak tego nie wrzucę, to wpadniemy w błędne koło. Nie ma tekstów = nikomu nie chce się udzielać, bo po co = nie ma tekstów.
Tu-dum-dum, wersja całkowicie nowa, nie ma nic wspólnego ze starym badziewiem z Onetu poza tytułem i imionami niektórych postaci oraz ogólnym zarysem fabuły, ale ciii...
Proszę o szczerą krytykę. *u*
Dwugodzinna lekcja biologii – zwana także „poranną torturą w sosie z Seweryna” – zaczęła się tak, jak zwykle i nie zapowiadało to niczego dobrego. Ostrowski bez uprzedzenia wparował do klasy i zatrzasnął za sobą drzwi. Nawet siedząc w ostatniej ławce poczułam podmuch powietrza, gdy przemaszerował przez salę i zasiadł za biurkiem. Jednym ruchem ręki zgarnął z blatu stołu niepotrzebne szpargały (w tym szklany globusik, który z brzękiem uderzył w podłogę i rozbił się na kawałeczki), po czym otworzył dziennik. Ciemnobrązowe oczy Seweryna Ostrowskiego – najsurowszego nauczyciela biologii w szkole – miały w sobie coś z sępich. Objawiało się to zwłaszcza, gdy wpatrywał się w listę, zastanawiając się, czyim cierpieniem nasycić swoją żądzę.
…No, może trochę przesadzam. Ale COŚ w tym było.
Jak zawsze, nie zmarnował ani jednej cennej chwili na sprawdzenie listy, czy zapisanie tematu lekcji na tablicy. Był jednym z tych nauczycieli, którzy uważali, że od kredy dostaje się choroby wieńcowej i zaćmy naraz.
– Dwadzieścia jeden. Unus et viginti. Inaczej, Saubert Alicja. Do tablicy. Tutaj, teraz, zaraz.
Na te słowa część klasy westchnęła z ulgą. Ja zamarłam w bezruchu. Chyba zatrzymało mi się serce. Uczyłam się – tak, jasne, ale kto się nie uczył; w bezpośrednim starciu z makaronizmami i wyrachowaną ironią Seweryna i tak nie miałam szans. Ostrowski miał zwyczaj wyceniania nie tylko wiedzy, ale i ciętej riposty. Problem tkwił w tym, że dla niego nawet Maciek Janecki nie był dość cięty. Otępiała, wpatrzona w tablicę, przeanalizowałam wszystkie możliwe wyjścia. Podobno jakiejś dziewczynie z trzeciej klasy udało się wywinąć od odpytywania, bo zemdlała, ale nie umiałam mdleć na zawołanie. Zresztą plotki mówiły, że Ostrowski kazał „zabrać mu to ciało sprzed oczu”, przepytał połowę klasy z następnej lekcji, a delikwentkę wyciągnął do tablicy tydzień później. Zerknęłam na drzwi i okna. Ucieczka nie wchodziła w rachubę, było za wysoko. Potoczyłam wokół błagalnym wzrokiem, ale napotkałam tylko współczujące, bezradne spojrzenia koleżanek i kolegów.
– Dasz radę, Młoda – szepnął Maciek, gdy ruszyłam do tablicy. „Młoda”. Bycie najmłodszą z klasy nie zawsze było takie złe. Może i traktowali mnie trochę jak dziecko (wiadomo, rok młodsza – głupsza), ale naprawdę chcieli mi pomóc. Szkoda tylko, że ich chęć w tym przypadku nijak nie mogła nagiąć rzeczywistości.
Stanęłam na miejscu kaźni i wlepiłam wzrok w blady policzek Ostrowskiego. Wolałam nie patrzeć mu w oczy, więc skupiłam się na łańcuszku od monokla, ginącym gdzieś w wizytce czarnego fraka.
Jeśli to przeżyję, już zawsze będę miła dla ojca. Hej, Panie Boże, słyszałeś to, istniejesz?, pomyślałam. Nagle pełną napięcia ciszę przerwało skrzypnięcie otwieranych drzwi. Do klasy zajrzał pan Werner – nasz matematyk i wychowawca.
– Mogę ci zabrać chwilkę? – Rzucił do Ostrowskiego.
– Jak musisz – odparł biolog. Brzmiało to wszystko w miarę przyjaźnie, ale w oczach obu mężczyzn widać było co najmniej pewną antypatię, jeśli nie zaciekłą nienawiść.
Całkowicie ignorując zdziwione spojrzenia uczniów (dużo czasu minęło odkąd ostatni raz ktoś ośmielił się zakłócić Ostrowskiemu lekcję) i bezczelnie odpychając mnie na bok, Werner wyszedł na środek, wiodąc za sobą filigranowego chłopaczka o granatowych oczach i ciemnobrązowych włosach. Dzieciak (bo nie wyglądał na więcej, niż na trzecią klasę podstawówki) uśmiechnął się do mnie obojętnie i nader uprzejmie, tak, że właściwie nie wiedziałam, czy sobie ze mnie żartuje, czy nie.
– Chciałem wam przedstawić nowego ucznia naszej klasy – powiedział Werner szorstko i wypchnął malca przed siebie. Zrobiło mi się go żal. Boże, czy nauczyciele naprawdę myśleli, że każdy marzy, żeby przedstawić się masie obcych ludzi? I dlaczego to dziecko musiało trafić na takiego wychowawcę jak Werner? Mój sąsiad – matematyk, jubiler i ostatnia wredota – był typem oschłego, skandynawskiego blondyna o którym marzy większość nastolatek. Miał nawet wielgachnego, włochatego psa, którego najchętniej nakarmiłabym odrobiną arszeniku, tyle razy rozkopał nam ogródek.
Chłopiec rozejrzał się wkoło, a kiedy zerknął na mnie, uśmiechnęłam się pocieszająco. Mięśnie, jeszcze przed chwilą napięte do granic możliwości, posłuchały mnie z wyczuwalną niechęcią. Nie za bardzo wiedziałam, jak mogę mu jeszcze pomóc, więc tylko skrzyżowałam kciuki za plecami i mrugnęłam do niego porozumiewawczo pod ramieniem Wernera. Chłopiec popatrzył na mnie z lekkim zainteresowaniem i odwrócił się do reszty uczniów. Maciek rzucił w niego kulką z papieru i zarechotał po swojemu. Zmierzyłam Janickiego lodowatym spojrzeniem, chociaż zdecydowanie nie byłam stworzona do lodowatych spojrzeń.
- Witam. Nazywam się Marcelyan i od dzisiaj będę uczęszczał do tej szkoły. Mam nadzieję, iż doskonale się dogadamy, a nasza współpraca będzie nader owocna – powiedział z obojętnym uśmiechem. Trochę mnie zatkało. Nie wydukał trzech słów, nie zarumienił się, nie odwrócił wzroku; po prostu powiedział dwa zdania złożone wpatrując się w trzydzieści nowopoznanych osób. Uśmiechnęłam się do pleców Marcela. Może miało mu pójść łatwiej, niż się spodziewałam.
- Widzę, że nie jestem już tutaj potrzebny. Do zobaczenia na matematyce, pamiętajcie o zadaniach na jutro – rzucił sucho Werner, po czym wyszedł z klasy. Ostrowski odchrząknął i poprawił sobie muszkę. Mogłabym przysiąc, że w tamtym momencie temperatura w pomieszczeniu spadła do zera absolutnego.
Jeszcze kilka minut temu myślałam, że czeka mnie ciężka przeprawa przez morze łacińskich sentencji i terminów medycznych, oraz walka z wyrafinowaną ironią. Teraz już wiedziałam, jak bardzo się myliłam. Czekało mnie biologiczne piekło.
- No, Saubert, zaczynamy…
No to koniec. Fajnie, nawet nie zdążyłam kupić sobie kanapki w bufecie. Umrę z pustym żołądkiem, a moimi szczątkami pożywią się sępy. Obieg materii w przyrodzie, czy coś.
Ironią udało mi się obronić przed rozpłakaniem się ze strachu. Głośno przełknęłam ślinę i spojrzałam na uśmiechniętego Marcelyana, który zajął wolne miejsce w mojej ławce. Dlaczego Werner musiał przyprowadzić go akurat dzisiaj, na tej lekcji?
Oczyma wyobraźni widząc Seweryna z satysfakcją smarującego wielką, tłustą jedynkę w dzienniku obok mojego nazwiska, zaczęłam swoją radosną improwizację. Nie żebym łudziła się, że w oczach Ostrowskiego będzie cokolwiek warta.
- Ej, Ala, nie było tak źle – pocieszała mnie po lekcji Magda. – Były tylko dwa pytania z tego, co przerobiliśmy i na oba odpowiedziałaś. To całkiem nieźle.
- No, jeszcze lepiej się poczułam, jak zaczął mówić o pasożytach w szkolnej stołówce i tym, dlaczego przypominają mu uczniów – burknęłam, ale mimo wszystko dałam się jej udobruchać. Była czymś w rodzaju mojej najlepszej przyjaciółki, chociaż – wstyd się przyznać – miałam wrażenie, że tak naprawdę z nikim z klasy nie znam się za dobrze.
Nie sposób poznać tylu osób w pół semestru, usprawiedliwiłam się po cichu. Rozejrzałam się wokół, w poszukiwaniu Marcela. Chciałam delikatnie dać mu do zrozumienia, żeby znalazł sobie inne miejsce. Nie żebym była do niego uprzedzona, czy coś – po prostu wolałam siedzieć sama. Mogłam być miła, uczynna, współczująca, ale swojej prywatności broniłam jak lwica.
Marcelyan siedział na ławce machając nogami. Otaczało go grono zaciekawionych chłopców. Sam nie wyglądał ani na zażenowanego, ani na zainteresowanego tym, co się wokół niego dzieje. Na kolanach trzymał opasłe tomisko i od czasu do czasu podnosił znad niego kasztanową czuprynę, żeby z sympatycznym, ale chłodnym uśmiechem odpowiedzieć na jakieś pytanie. O ile słuch mnie nie mylił, opisywał moim kolegom jakieś hiszpańskie miasteczko.
- Naprawdę byłeś tam wszędzie? – Spytał z niedowierzaniem Tomek, znany z tego, że o wiele szybciej działał, niż myślał.
- Nie mówiłbym o tych miejscach, gdybym każdego z nich nie ujrzał na własne oczy – powiedział Marcel, a jego granatowe oczy zalśniły ciepło. Z podziwem przyglądałam się temu wszystkiemu. Wszyscy tańczyli tak, jak zagrał im Marcel. I chociaż czuć było, że moi koledzy nie mają nic przeciwko nowemu, zdawało mi się, że między chłopcem a nimi znajduje się jakaś niewidzialna ściana.
Marcelyan zeskoczył z ławki, założył książkę kciukiem i podszedł do mnie. Zatrzymał się w pół drogi, zastanowił się nad czymś i delikatnie wyrównał granatowy sweterek, oraz przyjrzał się swoim wypastowanym na połysk lakierkom.
- Zwiesz się Alicja, nieprawdaż? – Zapytał rozmarzonym tonem.
- Tak.
- W takim razie mam do ciebie prośbę. Mogłabyś zabrać mnie jutro po lekcjach do tutejszego antykwariatu? Będę dozgonnie wdzięczny – powiedział spokojnie.
- Skąd wiesz, że pracuję w antykwariacie? – Spytałam cicho. Oczywiście to, że akurat mnie o to poprosił nie oznaczało, że wiedział, że tam pracuję, ale logiczne myślenie nigdy nie było moją mocną stroną – a przynajmniej nie w sytuacji, w której nie miałam czasu na zastanowienie.
- Czary – odparł z ciepłym uśmiechem i przekrzywił głowę.
Roześmiałam się. Może jednak siedzenie z nim nie miało być taką katorgą?
No, odpytywanie u Ostrowskiego niewiele przebije.
- Dobrze, pójdziemy do antykwariatu. Ale ty fundujesz rurki z kremem – powiedziałam, po czym ugryzłam się w język. Tak dobrze poczułam się w jego towarzystwie, że zapomniałam, że poznałam go zaledwie półtorej godziny temu. – Eee… No, ten fragment o rurkach uznajmy za niebyły, dobrze? – Zasugerowałam. Pomachałam mu ręką i ruszyłam w stronę drzwi.
Czułam się okropnie, tak nagle go zostawiając, ale potrzebowałam chwili, żeby trochę ochłonąć. Nieraz miewałam wrażenie, że robię z siebie idiotkę, a nikt nie zauważa, że moje zachowanie odbiega od normy. Przez to często się zastanawiałam, czy to ludzie są głupi i dlatego się nie wyróżniam, czy może po prostu inni są dla mnie uprzejmi.
Nie, nie mam kompleksów, pomyślałam, dość niegrzecznie wpychając pieniądze w dłoń pani ze sklepiku.
Tu-dum-dum, wersja całkowicie nowa, nie ma nic wspólnego ze starym badziewiem z Onetu poza tytułem i imionami niektórych postaci oraz ogólnym zarysem fabuły, ale ciii...
Proszę o szczerą krytykę. *u*
Rozdział I
Dwugodzinna lekcja biologii – zwana także „poranną torturą w sosie z Seweryna” – zaczęła się tak, jak zwykle i nie zapowiadało to niczego dobrego. Ostrowski bez uprzedzenia wparował do klasy i zatrzasnął za sobą drzwi. Nawet siedząc w ostatniej ławce poczułam podmuch powietrza, gdy przemaszerował przez salę i zasiadł za biurkiem. Jednym ruchem ręki zgarnął z blatu stołu niepotrzebne szpargały (w tym szklany globusik, który z brzękiem uderzył w podłogę i rozbił się na kawałeczki), po czym otworzył dziennik. Ciemnobrązowe oczy Seweryna Ostrowskiego – najsurowszego nauczyciela biologii w szkole – miały w sobie coś z sępich. Objawiało się to zwłaszcza, gdy wpatrywał się w listę, zastanawiając się, czyim cierpieniem nasycić swoją żądzę.
…No, może trochę przesadzam. Ale COŚ w tym było.
Jak zawsze, nie zmarnował ani jednej cennej chwili na sprawdzenie listy, czy zapisanie tematu lekcji na tablicy. Był jednym z tych nauczycieli, którzy uważali, że od kredy dostaje się choroby wieńcowej i zaćmy naraz.
– Dwadzieścia jeden. Unus et viginti. Inaczej, Saubert Alicja. Do tablicy. Tutaj, teraz, zaraz.
Na te słowa część klasy westchnęła z ulgą. Ja zamarłam w bezruchu. Chyba zatrzymało mi się serce. Uczyłam się – tak, jasne, ale kto się nie uczył; w bezpośrednim starciu z makaronizmami i wyrachowaną ironią Seweryna i tak nie miałam szans. Ostrowski miał zwyczaj wyceniania nie tylko wiedzy, ale i ciętej riposty. Problem tkwił w tym, że dla niego nawet Maciek Janecki nie był dość cięty. Otępiała, wpatrzona w tablicę, przeanalizowałam wszystkie możliwe wyjścia. Podobno jakiejś dziewczynie z trzeciej klasy udało się wywinąć od odpytywania, bo zemdlała, ale nie umiałam mdleć na zawołanie. Zresztą plotki mówiły, że Ostrowski kazał „zabrać mu to ciało sprzed oczu”, przepytał połowę klasy z następnej lekcji, a delikwentkę wyciągnął do tablicy tydzień później. Zerknęłam na drzwi i okna. Ucieczka nie wchodziła w rachubę, było za wysoko. Potoczyłam wokół błagalnym wzrokiem, ale napotkałam tylko współczujące, bezradne spojrzenia koleżanek i kolegów.
– Dasz radę, Młoda – szepnął Maciek, gdy ruszyłam do tablicy. „Młoda”. Bycie najmłodszą z klasy nie zawsze było takie złe. Może i traktowali mnie trochę jak dziecko (wiadomo, rok młodsza – głupsza), ale naprawdę chcieli mi pomóc. Szkoda tylko, że ich chęć w tym przypadku nijak nie mogła nagiąć rzeczywistości.
Stanęłam na miejscu kaźni i wlepiłam wzrok w blady policzek Ostrowskiego. Wolałam nie patrzeć mu w oczy, więc skupiłam się na łańcuszku od monokla, ginącym gdzieś w wizytce czarnego fraka.
Jeśli to przeżyję, już zawsze będę miła dla ojca. Hej, Panie Boże, słyszałeś to, istniejesz?, pomyślałam. Nagle pełną napięcia ciszę przerwało skrzypnięcie otwieranych drzwi. Do klasy zajrzał pan Werner – nasz matematyk i wychowawca.
– Mogę ci zabrać chwilkę? – Rzucił do Ostrowskiego.
– Jak musisz – odparł biolog. Brzmiało to wszystko w miarę przyjaźnie, ale w oczach obu mężczyzn widać było co najmniej pewną antypatię, jeśli nie zaciekłą nienawiść.
Całkowicie ignorując zdziwione spojrzenia uczniów (dużo czasu minęło odkąd ostatni raz ktoś ośmielił się zakłócić Ostrowskiemu lekcję) i bezczelnie odpychając mnie na bok, Werner wyszedł na środek, wiodąc za sobą filigranowego chłopaczka o granatowych oczach i ciemnobrązowych włosach. Dzieciak (bo nie wyglądał na więcej, niż na trzecią klasę podstawówki) uśmiechnął się do mnie obojętnie i nader uprzejmie, tak, że właściwie nie wiedziałam, czy sobie ze mnie żartuje, czy nie.
– Chciałem wam przedstawić nowego ucznia naszej klasy – powiedział Werner szorstko i wypchnął malca przed siebie. Zrobiło mi się go żal. Boże, czy nauczyciele naprawdę myśleli, że każdy marzy, żeby przedstawić się masie obcych ludzi? I dlaczego to dziecko musiało trafić na takiego wychowawcę jak Werner? Mój sąsiad – matematyk, jubiler i ostatnia wredota – był typem oschłego, skandynawskiego blondyna o którym marzy większość nastolatek. Miał nawet wielgachnego, włochatego psa, którego najchętniej nakarmiłabym odrobiną arszeniku, tyle razy rozkopał nam ogródek.
Chłopiec rozejrzał się wkoło, a kiedy zerknął na mnie, uśmiechnęłam się pocieszająco. Mięśnie, jeszcze przed chwilą napięte do granic możliwości, posłuchały mnie z wyczuwalną niechęcią. Nie za bardzo wiedziałam, jak mogę mu jeszcze pomóc, więc tylko skrzyżowałam kciuki za plecami i mrugnęłam do niego porozumiewawczo pod ramieniem Wernera. Chłopiec popatrzył na mnie z lekkim zainteresowaniem i odwrócił się do reszty uczniów. Maciek rzucił w niego kulką z papieru i zarechotał po swojemu. Zmierzyłam Janickiego lodowatym spojrzeniem, chociaż zdecydowanie nie byłam stworzona do lodowatych spojrzeń.
- Witam. Nazywam się Marcelyan i od dzisiaj będę uczęszczał do tej szkoły. Mam nadzieję, iż doskonale się dogadamy, a nasza współpraca będzie nader owocna – powiedział z obojętnym uśmiechem. Trochę mnie zatkało. Nie wydukał trzech słów, nie zarumienił się, nie odwrócił wzroku; po prostu powiedział dwa zdania złożone wpatrując się w trzydzieści nowopoznanych osób. Uśmiechnęłam się do pleców Marcela. Może miało mu pójść łatwiej, niż się spodziewałam.
- Widzę, że nie jestem już tutaj potrzebny. Do zobaczenia na matematyce, pamiętajcie o zadaniach na jutro – rzucił sucho Werner, po czym wyszedł z klasy. Ostrowski odchrząknął i poprawił sobie muszkę. Mogłabym przysiąc, że w tamtym momencie temperatura w pomieszczeniu spadła do zera absolutnego.
Jeszcze kilka minut temu myślałam, że czeka mnie ciężka przeprawa przez morze łacińskich sentencji i terminów medycznych, oraz walka z wyrafinowaną ironią. Teraz już wiedziałam, jak bardzo się myliłam. Czekało mnie biologiczne piekło.
- No, Saubert, zaczynamy…
No to koniec. Fajnie, nawet nie zdążyłam kupić sobie kanapki w bufecie. Umrę z pustym żołądkiem, a moimi szczątkami pożywią się sępy. Obieg materii w przyrodzie, czy coś.
Ironią udało mi się obronić przed rozpłakaniem się ze strachu. Głośno przełknęłam ślinę i spojrzałam na uśmiechniętego Marcelyana, który zajął wolne miejsce w mojej ławce. Dlaczego Werner musiał przyprowadzić go akurat dzisiaj, na tej lekcji?
Oczyma wyobraźni widząc Seweryna z satysfakcją smarującego wielką, tłustą jedynkę w dzienniku obok mojego nazwiska, zaczęłam swoją radosną improwizację. Nie żebym łudziła się, że w oczach Ostrowskiego będzie cokolwiek warta.
***
- Ej, Ala, nie było tak źle – pocieszała mnie po lekcji Magda. – Były tylko dwa pytania z tego, co przerobiliśmy i na oba odpowiedziałaś. To całkiem nieźle.
- No, jeszcze lepiej się poczułam, jak zaczął mówić o pasożytach w szkolnej stołówce i tym, dlaczego przypominają mu uczniów – burknęłam, ale mimo wszystko dałam się jej udobruchać. Była czymś w rodzaju mojej najlepszej przyjaciółki, chociaż – wstyd się przyznać – miałam wrażenie, że tak naprawdę z nikim z klasy nie znam się za dobrze.
Nie sposób poznać tylu osób w pół semestru, usprawiedliwiłam się po cichu. Rozejrzałam się wokół, w poszukiwaniu Marcela. Chciałam delikatnie dać mu do zrozumienia, żeby znalazł sobie inne miejsce. Nie żebym była do niego uprzedzona, czy coś – po prostu wolałam siedzieć sama. Mogłam być miła, uczynna, współczująca, ale swojej prywatności broniłam jak lwica.
Marcelyan siedział na ławce machając nogami. Otaczało go grono zaciekawionych chłopców. Sam nie wyglądał ani na zażenowanego, ani na zainteresowanego tym, co się wokół niego dzieje. Na kolanach trzymał opasłe tomisko i od czasu do czasu podnosił znad niego kasztanową czuprynę, żeby z sympatycznym, ale chłodnym uśmiechem odpowiedzieć na jakieś pytanie. O ile słuch mnie nie mylił, opisywał moim kolegom jakieś hiszpańskie miasteczko.
- Naprawdę byłeś tam wszędzie? – Spytał z niedowierzaniem Tomek, znany z tego, że o wiele szybciej działał, niż myślał.
- Nie mówiłbym o tych miejscach, gdybym każdego z nich nie ujrzał na własne oczy – powiedział Marcel, a jego granatowe oczy zalśniły ciepło. Z podziwem przyglądałam się temu wszystkiemu. Wszyscy tańczyli tak, jak zagrał im Marcel. I chociaż czuć było, że moi koledzy nie mają nic przeciwko nowemu, zdawało mi się, że między chłopcem a nimi znajduje się jakaś niewidzialna ściana.
Marcelyan zeskoczył z ławki, założył książkę kciukiem i podszedł do mnie. Zatrzymał się w pół drogi, zastanowił się nad czymś i delikatnie wyrównał granatowy sweterek, oraz przyjrzał się swoim wypastowanym na połysk lakierkom.
- Zwiesz się Alicja, nieprawdaż? – Zapytał rozmarzonym tonem.
- Tak.
- W takim razie mam do ciebie prośbę. Mogłabyś zabrać mnie jutro po lekcjach do tutejszego antykwariatu? Będę dozgonnie wdzięczny – powiedział spokojnie.
- Skąd wiesz, że pracuję w antykwariacie? – Spytałam cicho. Oczywiście to, że akurat mnie o to poprosił nie oznaczało, że wiedział, że tam pracuję, ale logiczne myślenie nigdy nie było moją mocną stroną – a przynajmniej nie w sytuacji, w której nie miałam czasu na zastanowienie.
- Czary – odparł z ciepłym uśmiechem i przekrzywił głowę.
Roześmiałam się. Może jednak siedzenie z nim nie miało być taką katorgą?
No, odpytywanie u Ostrowskiego niewiele przebije.
- Dobrze, pójdziemy do antykwariatu. Ale ty fundujesz rurki z kremem – powiedziałam, po czym ugryzłam się w język. Tak dobrze poczułam się w jego towarzystwie, że zapomniałam, że poznałam go zaledwie półtorej godziny temu. – Eee… No, ten fragment o rurkach uznajmy za niebyły, dobrze? – Zasugerowałam. Pomachałam mu ręką i ruszyłam w stronę drzwi.
Czułam się okropnie, tak nagle go zostawiając, ale potrzebowałam chwili, żeby trochę ochłonąć. Nieraz miewałam wrażenie, że robię z siebie idiotkę, a nikt nie zauważa, że moje zachowanie odbiega od normy. Przez to często się zastanawiałam, czy to ludzie są głupi i dlatego się nie wyróżniam, czy może po prostu inni są dla mnie uprzejmi.
Nie, nie mam kompleksów, pomyślałam, dość niegrzecznie wpychając pieniądze w dłoń pani ze sklepiku.
Ostatnio zmieniony przez Immerine dnia Nie Maj 17, 2009 12:39 am, w całości zmieniany 1 raz



